Używamy Cookies w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników.
Dalesze korzystanie z tego serwisu oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Dowiedz się więcej o naszej polityce prywatności

Zamknij

17 - 28/06/2016

Galeria

Ile czasu spędzasz dziennie przy fortepianie?
Bartłomiej Wąsik: Około 5-6 godzin. Ale potem zdarza się, że jeżeli coś mi utkwi w głowie, to robiąc coś w domu, chodząc po mieście, w głowie cały czas te pomysły mam i myślę o nich, wyobrażając sobie dźwięk fortepianu. (…)

Fortepian ci nie wystarcza?
Czasami nie. Zresztą już w młodości, kiedy wymyślałem sobie programy koncertów z moimi kompozycjami, pisałem: „Bartłomiej Wąsik zaprasza na koncert, na którym będzie wykonany jego IV Kwartet smyczkowy cis-moll Patetyczny. Albo b-moll Żałobny”. (…)

Czy kiedykolwiek, ktokolwiek musiał cię gonić do ćwiczenia?
No pewnie! Wprawdzie na początku to była dla mnie przygoda: jakaś dziwna szkoła, dzieci grają na instrumentach. Jeździliśmy po Lublinie, po znajomych, którzy mieli instrument – jeden z nich grał w orkiestrze cyrkowej… Pamiętam takie ćwiczenie ze zbioru Klechniowskiej, do którego bardzo się zapaliłem, bo była w nim już jakaś harmonia. Potem bardzo często grałem Zapomniane jezioro – do dzisiaj pamiętam jego początek, ale nie wiem, kto to napisał. To było w jakimś radzieckim zbiorku. Już wtedy zaczęło się moje zamiłowanie do mollowych utworów. Pod koniec liceum miałem jednak bardzo silny kryzys związany z graniem, ledwo przechodziłem z klasy do klasy. Zacząłem się interesować biologią, chciałem zostać lekarzem. Nauczycielka, u której byłem dziesięć lat, pani Maria Zezula, robiła wszystko, żebym mimo złych wyników na egzaminach przechodził do następnej klasy. Walczyła o mnie, bo może wierzyła, że warto. W końcu zaproponowała, żebym przeszedł do innego pedagoga, Małgorzaty Krzemińskiej-Sribniak. Małgosia obudziła we mnie ponownie silną potrzebę grania. Doceniłem wtedy sam moment ćwiczenia – to bardzo piękna strona bycia muzykiem, intymna. I dzięki temu dostałem się na studia z wysoką punktacją.

Myślałeś oczywiście, że będziesz grał Rachmaninowa w Carnegie Hall...
Nie, absolutnie! (…) Od zawsze lubiłem muzykę kameralną, właśnie duet fortepianowy – jeszcze w liceum akompaniowałem pianistom, grając wyciągi orkiestrowe w koncertach fortepianowych. To było cudowne: dwa fortepiany grające ze sobą. Emilkę poznałem na pierwszym roku, na drugim czy trzecim założyliśmy duet. Na szczęście profesorka od kameralistyki, Krystyna Borucińska, zdecydowała, że nie musimy obowiązkowo grać w innych zespołach i możemy poświęcić się wspólnej pracy. Potem zaczął się pierwszy kurs muzyczny: u Aleksandra Tamira i Brachy Eden. Oni nam pokazali, że duet fortepianowy to specyficzny rodzaj relacji. Zwykle jest tak, że duety fortepianowe to albo rodzeństwo, albo małżeństwo. Coś szczególnego zachodzi między pianistami, którzy decydują się ze sobą grać...

Ale wy nie jesteście rodzeństwem ani małżeństwem...
… a jednak mamy wiele wspólnych cech, w pewnym sensie jesteśmy do siebie podobni. Bardzo duży wpływ na nas miała także Olga Rusina, która przede wszystkim potrafiła nam dodać otuchy, w taki piękny sposób, choć była bardzo wymagająca. Jeździliśmy do niej już po studiach na prywatne lekcje, zwykle z muzyką rosyjskich kompozytorów. Wracaliśmy potem do Warszawy rozpaleni, z wielką chęcią do pracy, z wiarą w siebie. Olga była pierwszą osobą, której zagraliśmy Romea i Julię Czajkowskiego w mojej wersji – nie zapomnę jej reakcji. To ona namawiała mnie, żebym robił takie rzeczy. Bardzo jej ufałem. Chciałbym, żeby płyta, którą wkrótce nagramy, była jej poświęcona. (…) Lutosławski Piano Duo kończy w tym roku 15 lat, więc chcieliśmy to jakoś uczcić. Będą nas nagrywali Lech Dudzik i Gabriela Blicharz, ogromnie się z tego cieszymy. Cudowne jest to, że mogę w takich chwilach liczyć na Emilkę – często robię transkrypcje arcytrudne, a ona to wszystko ćwiczy… Czasem dociera do mnie, że zajmuję tej kobiecie czas swoimi pomysłami – zamiast robić rzeczy wielkich kompozytorów, ćwiczymy moje aranżacje. (…)

Robi czasem jakieś uwagi?
Oczywiście, jest partnerstwo, chociaż może ona tak nie myśli… Nie, chyba myśli. Czasami ona chce coś zmienić, ale ja jej szybko tłumaczę, dlaczego coś napisałem tak, a nie inaczej. Że jest powód, żeby ćwiczyć to sześć godzin i więcej. Kiedy zaczynaliśmy działać na własny rachunek, ze świadomością, że każda interpretacja już jest nasza i nie można zrzucić nic na pedagoga, braliśmy z początku utwory łatwe do interpretacji. Teraz już o tym nie myślimy…

… i gracie na przykład – jako Kwadrofonik – „Różnię” Wojciecha Ziemowita Zycha.
Chciałbym bardzo wrócić do tego utworu. To było przeżycie, które wniosło coś wielkiego, jakby pozytywne odbicie traumy. Kiedy ćwiczyliśmy ten utwór, czułem się fatalnie: ogrom materiału, siedemset stron partytury, wszystko, co jest w niej zawarte... Mam wrażenie, że oddaliśmy z tego połowę. Zbliżał się termin koncertu na „Warszawskiej Jesieni”, mnóstwo nerwów i frustracji wypływało z nas wtedy. Magda Kordylasińska była w dziewiątym miesiącu ciąży, nie wiem, jak ona to zniosła. Ja po wykonaniu czułem się wycieńczony.

Trauma zostawia ślad w życiu. Co to jest za ślad?
Od tamtego czasu wiem, że mogę się spodziewać w muzyce takich rzeczy, o których istnieniu nie zdaję sobie sprawy. Przecież ja nawet nie wiedziałem, jak to ćwiczyć: jednorazowe przegranie trwa godzinę i czterdzieści minut. I co potem: grać to drugi raz? Mijają już trzy godziny. Materiał, emocje zawarte w tym utworze – byłem totalnie zadziwiony tym wszystkim. Jak coś takiego można napisać? Ile musiałbym włożyć pracy, żeby zagrać to tak, jakbym chciał? Ale marzę o tym, żeby to kiedyś zrobić – skrupulatnie, jak mnisi, skupić się na tych wszystkich barwach; przygotować, nagrać. (…)

Kiedy powstał Kwadrofonik, szybko okazało się, że świetnie się sprawdzacie w nowej muzyce i dajecie impuls kompozytorom, którzy chcą dla was pisać.
Myślę, że tego jeszcze ciągle jest za mało. W tym, co robię, lubię być doskonały i ostatnio (może to starość) dziesięć razy się zastanawiam, czy jakiś utwór mam grać, czy nie. Kiedyś braliśmy wszystko: siedziałem, ćwiczyłem, stresowałem się, brzuch mnie bolał, chudłem. Teraz się zastanawiam, czy rzeczywiście dam radę. Nie chodzi o mnie, chodzi o tę muzykę. Chciałbym oddać choćby 80 procent tego, co kompozytor miał na myśli, a czasami mam wątpliwości, czy tak będzie. (…)

Czy klejąc swoje dziecinne koncerciki z kwartetów i symfonii, rzeczywiście miałeś te utwory wymyślone?
Niektóre tak. Mam bardzo dużo nut z dzieciństwa. Kiedy byłem mały, usłyszałem podczas jakiejś transmisji II Koncert fortepianowy Prokofiewa. Oszalałem. Jak można coś takiego napisać? A jak zagrać? Kiedy przez przypadek trafiłem na nuty tego koncertu w sklepie muzycznym w Lublinie, wydałem na nie całe swoje kieszonkowe. Czytałem je jak biblię, znałem w tym utworze każdą nutę. Nigdy bym się nie odważył go zagrać, jest wyjątkowy.

Nie próbowałeś go grać? Nigdy?
Próbowałem, ale on mnie onieśmiela. Pamiętam też, że ogromne wrażenie zrobił na mnie I Koncert skrzypcowy Szymanowskiego. Niedawno robiłem porządki w papierach, patrzę – a tam szkice koncertu skrzypcowego, jakieś tryle flecików, jakieś harfy… No więc słyszałem jakiś utwór, zachwycałem się nim, dochodziłem do wniosku, że chcę grać rzeczy w takim stylu, po czym przychodził kolejny i wpadałem w inną studnię. (…)

Czy ty mówisz muzyką?
Są takie koncerty, kiedy czuję, że mogę coś oddać w muzyce. Jakby mi skóra topniała – jestem strasznie delikatny, jak ślimak bez muszli, muszę w ten fortepian wejść i to jest moja ochrona. Czasem publiczność stwarza takie warunki, że możesz, jak bakteria, rozmnażać się. Co dwadzieścia minut wywalać kolejnego Bartka z siebie. A innym razem to leci od ciebie i spada wcześniej. Próbujesz sposobów, żeby skierować na siebie to wielkie ucho, i nic. To jest loteria. Ten najbardziej magiczny moment wiąże się z wielkim stresem, brakiem poczucia bezpieczeństwa, neurozą. Przed samym koncertem odczuwam silny stres. Nie cierpię czekać, ale kiedy wchodzę na scenę, wiem, że już nie ma odwrotu. Co się stanie, to się stanie. To jest przerażające, a jednocześnie cholernie podnieca. Ekscytuje. Jakbyś wsiadł na ponton i puścił się w dół górską rzeką, bez wioseł. Wtedy się zatracasz, to się wiąże z objawami fizycznymi, których potem nie pamiętasz, adrenalina robi swoje. Ostatnio, kiedy graliśmy La Valse w Pałacu Prezydenckim, jakoś tak weszliśmy w tę muzykę, że po występie zobaczyłem na klawiszach krew. Patrzę na zakrwawione palce i nie wiem, jak to się stało. Miałem potem wyrzuty sumienia, bo ktoś jakiś pianista miał po mnie jeszcze grać. Co on sobie pomyślał? Że co ja przy tym fortepianie robiłem? To jest cena – za to oddanie.

Ale to jest dobre.
Właśnie tak. To jest dobre.

Wywiad ukazał się w „Ruchu Muzycznym” nr 4/2014.