Używamy Cookies w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników.
Dalesze korzystanie z tego serwisu oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Dowiedz się więcej o naszej polityce prywatności

Zamknij

17 - 28/06/2016

fot. M. Zakrzewski
Galeriafot. M. Zakrzewski

W tym roku na scenie na placu Wolności chcemy przywrócić wiarę w siłę żartu – poza polityką i publicystyką. Pokażemy humor absurdalny, czasem sentymentalny lub refleksyjny, reaktywując zapomnianą sztukę kabaretu literackiego ze skeczami, z piosenkami i muzyką na żywo.

Słowo „kabaret” kojarzy się ostatnio z masową, telewizyjną rozrywką i atmosferą festynu. Tymczasem w Polsce od kilku lat trwa eksperyment odzyskiwania kabaretu dla bardziej wymagającego odbiorcy. Młodzi twórcy powracają do okresu międzywojnia i PRL-u, gdy kabaret był sztuką wywrotową i formalnie wyszukaną, łączącą poezję z elementem karnawału i refleksji nad rzeczywistością. Przypomnijmy. W 1905 r. adepci krakowskiej ASP po długich negocjacjach z właścicielem Cukierni Lwowskiej Janem Apolinarym Michalikiem (stąd popularna nazwa kawiarni: Jama Michalikowa) ozdobili jej ponure wnętrza freskami i karykaturami, a następnie, po burzliwych obradach, powołali do życia Zielony Balonik, pierwszy w Polsce kabaret literacki, elitarny klub krakowskiej bohemy. To tutaj pierwsze kroki na scenie stawiali Juliusz Osterwa, przyszły reżyser Reduty, czy Leon Schiller, twórca teatru monumentalnego, wówczas gimnazjalista. Do Balonika dołączył też niebawem Tadeusz Boy-Żeleński (jego „Słówka” to w dużej mierze zbiór zachowanych tekstów kabaretu). Punktem odniesienia był dla nich nie romantyczny mit artysty-kapłana sztuki, ale mit artysty-błazna i prześmiewcy. W Jamie Michalikowej śpiewano, pokazywano parodie malarskie i teatralne, deklamowano wiersze, drwiono z konserwatywnych elit Krakowa i Galicji oraz pompatyczności młodopolskiej literatury. Wielokrotnie w tym celu wykorzystywano kukiełki przypominające osoby znane z życia publicznego, personifikowano prądy literackie i zjawiska obyczajowe.

W Warszawie nową kartę w rozwoju polskiej sztuki kabaretowej otworzyła kawiarnia poetów Pod Picadorem (1918–1919). Obok przyszłych skamandrytów występowali tu futuryści, a o wystroju wnętrza decydowali awangardowi malarze formiści. Na scenie deklamowano wiersze, odczytywano satyry polityczne i antymieszczańskie. Regularnie zaglądali tu Stefan Żeromski, Bolesław Leśmian czy Leopold Staff. Kawiarnię zamknięto, ale Julian Tuwim, Antoni Słonimski i Jan Lechoń pisali dla kolejnych, otwierających się w ekspresowym tempie, kabaretów. Ich satyryczne teksty budowały rangę m.in. najgłośniejszego kabaretu międzywojnia, czyli Qui pro Quo (1919–1932). Zapewniając rozrywkę miejskiej inteligencji, poeci współtworzyli zarazem rodzącą się kulturę masową.

Tradycje kabaretu literackiego były kontynuowane w czasach PRL-u. Teksty Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, wzbudzające oburzenie krytyków i czytelników (autora oskarżano o szarganie narodowych świętości i zwykły bełkot), początkowo drukował w odcinkach tygodnik „Przekrój”. Na scenę przenosiła je z sukcesem Irena Kwiatkowska. W 1958 r. telewizja nadała pierwszy odcinek Kabaretu Starszych Panów tworzony przez Jeremiego Przyborę i Jerzego Wasowskiego, w którym występowali m.in. Irena Kwiatkowska, Barbara Krafftówna i Bohdan Łazuka oraz uwodzicielska Kalina Jędrusik. Stanisław Barańczak uważał ponoć, że eleganccy i dowcipni Starsi Panowie pomogli milionom ludzi przeżyć kilka ponurych dziesięcioleci czystego nonsensu, jakim była rzeczywistość PRL-u. Innymi głośnymi kabaretami tamtego czasu był Dudek Edwarda Dziewońskiego, Piwnica pod Baranami, gdański Bim-Bom, czyli słynny studencki teatrzyk Wybrzeża, założony przez Zbigniewa Cybulskiego, Bogumiła Kobielę, Jacka Fedorowicza i Jerzego Afansajewa, a także warszawski STS, dla którego teksty pisała młoda poetka Agnieszka Osiecka.

Czerpiąc z tradycji kabaretu literackiego międzywojnia i okresu PRL-u, Pożar w Burdelu Michała Walczaka czy „Fabularny przewodnik po…” pod wodzą Michała Sufina i Błażeja Staryszaka (dwa najbardziej znane współczesne przedsięwzięcia w duchu kabaretu) przetwarzają przeszłość, parafrazują, ożywiają ją w nowym społeczno-kulturowym kontekście. Grają w klubach, piwnicach, teatrach, muzeach, galeriach, na festiwalach teatralnych i muzycznych. Ich najnowsze premiery są niewątpliwie wydarzeniami towarzysko-artystycznymi, na które przychodzą setki widzów – od hipsterów po przedstawicieli show-biznesu i polityków. „Gdy zaczynaliśmy, słowo »kabaret« źle się kojarzyło. Dlatego nazwaliśmy się teatrem. Ale kabaret był u swoich źródeł miejscem eksperymentu. Spotykali się tam awangardowi pisarze – szczególnie poeci – aktorzy, muzycy, dziennikarze, malarze. To było miejsce odważne, ciekawe, inspirujące” – mówi Michał Sufin, współwłaściciel Klubu Komediowego, współtwórca Teatru Improwizowanego Klancyk oraz współautor scenariusza do kabaretowego „Fabularnego przewodnika po...”

***

 

Pomysły kabaretowe międzywojnia rodziły się w takich kawiarniach jak Jama Michalikowa, Ziemiańska czy Pod Picadorem, czyli w ówczesnych salonach towarzysko-kulturalno-plotkarskich. Współczesne odrodzenie kabaretu także jest związane z boomem kawiarnianym. W warszawskiej klubokawiarni Chłodna 25 występował m.in. Pożar w Burdelu i Teatr Improwizowany Klancyk, zanim Michał Sufin nie namówił kilku znajomych do założenia Klubu Komediowego. Działający już dwa lata na ul. Nowowiejskiej klub składa się z dwóch poziomów: na parterze znajduje się kawiarnia, a w podziemiu – bar i scena, na której są prezentowane różne formy alternatywnej komediowej rozrywki, nawiązujące zarówno do tradycji polskiego kabaretu, jak i do anglosaskiej tradycji stand-upu.

Stand-up to sztuka pozornie prosta. Nie potrzebuje skomplikowanych dekoracji, dopracowanego scenariusza ani reżyserii. Komik wykonuje na scenie wyglądający na improwizowany monolog, zasypując publiczność żartami. Tutaj bardziej niż estradowa perfekcja liczy się jego osobowość, zaangażowanie i umiejętność skupienia uwagi widzów. Dlatego na scenie stand-upowej nie ma żadnej świętości, nie obowiązuje tu poprawność polityczna. Swoją publiczność mają zarówno szalone improwizacje z ducha teatru absurdu, jak i cięte dowcipy obyczajowe czy polityczne.

W Polsce stand-up dopiero raczkuje, ale w Stanach Zjednoczonych czy Wielkiej Brytanii ten rodzaj humoru ma wieloletnią tradycję i rzesze wyznawców. Wielu artystów, którzy zaczynali na scenie klubów komediowych, weszło potem do panteonu amerykańskiej kultury popularnej. Dowcipy na scenie opowiadał m.in. legendarny Bob Hope czy Woody Allen. W latach 70., gdy klimat sprzyjał zrzucaniu obyczajowego tabu, stand-up miał charakter polityczny. Żarty poruszały tematy do tej pory zakazane i mówiły o nich w sposób niezwykle dosadny, co wiązało się często z reakcją purytańskich władz. W 1972 r. George Carlin wygłosił np. monolog o „siedmiu słowach, których nie wolno wymawiać w telewizji” (wszystkie to popularne przekleństwa) i zaraz po swoim występie został aresztowany. Lata 90. przyniosły z kolei rozkwit dowcipu z ducha teatru absurdu. Mistrzem takiego humoru był aktor Robin Williams, który do dzisiaj pozostaje niedoścignionym mistrzem błyskotliwych, surrealistycznych improwizacji. Charakter stand-upu zależy od rodzaju poczucia humoru komika. Niektórzy bawią się masową wyobraźnią i biorą na warsztat tematy z pierwszych stron gazet, inni bawią się konwencją, a na scenie dają upust swojej nieskrępowanej fantazji.

***

 

Inną offową formą na granicy teatru, performansu i komedii jest teatr improwizowany, (nazywany też improv lub impro). Jego korzenie sięgają lat 50. XX w. i warsztatów prowadzonych w Stanach Zjednoczonych przez Violę Spolin, a w Wielkiej Brytanii przez Keitha Johnstone’a. To oni zarazili pasją do improwizacji m.in. Billa Murraya, Johna Belushiego czy Robina Williamsa. „Początki sceny improwizowanej były kontrkulturowe i hajdparkowe” – mówi Michał Sufin w wywiadzie dla tygodnika „Polityka”. „Można było wejść na scenę i zaimprowizować o czym się chciało, pod warunkiem że znaleźli się ludzie, którzy chcieli improwizować razem z tobą: o robieniu kawy, o polityce, fizyce czy poststrukturalistach. Dzięki temu ruch improwizacji w Stanach był jednocześnie offowy i popularny”.

Improwizacja to gra i zabawa wymagająca jednak nieustannej gimnastyki intelektu, kojarzenia i fantazji. Jak każda gra rządzi się swoim zbiorem zasad. Podstawową zasadą w impro jest zaufanie i wspólnota. W przeciwieństwie do tradycyjnego teatru aktor nie może liczyć tu na pomoc w postaci scenariusza, kostiumu czy scenografii, za którymi mógłby się ukryć. Jedynym ratunkiem są współuczestnicy gry, dlatego bliskie relacje w grupie są tak ważne. Drugą zasadą jest akceptacja. Każdy dołączający gracz ma obowiązek zaakceptować to, co już istnieje. Nie może negować wcześniejszych propozycji, ma za zadanie dodać do nich własny pomysł rozwijający scenę. To podstawowa zasada działania i rozwoju akcji w teatrze impro. Trzecią zasadą jest spontaniczność, czyli „zanurzenie w chwili”, oczyszczenie myśli. Działanie na scenie teatru impro przypomina partię ping-ponga, w której brak szybkiej reakcji sprawia, że zagranie staje się nieefektywne. Ostatnią zasadą teatru impro jest aktywność widzów – widz często decyduje o tym, „co, gdzie i kiedy”. Bywa np. proszony o tworzenie tła dźwiękowego, podanie tematu lub miejsca akcji dla tworzonej na bieżąco opowieści.

W Polsce działa kilka teatrów impro. Najgłośniejszym z nich jest Teatr Improwizowany Klancyk. O jego specyfice decyduje abstrakcyjne poczucie humoru jego członków. Agnieszka Drotkiewicz, dziennikarka i pisarka, tak opisała pierwsze spotkanie z Klancykiem w „Wysokich Obcasach”: „Jak opisać ich poczucie humoru? Nie mizdrzy się, za to iskrzy się skojarzeniami, pasuje do niego słowo »ścichapęk«, a także hasło »orientuj się!«; słowa klucze to »labirynty« i »fajerwerki inteligencji«. Są też elementy melancholii – pamiętam charakterystykę jednego z bohaterów: »Czasem wydaje mu się, że jest opuszczoną cerkwią«. (...) Klancyk osiąga fantastyczny efekt, stosując minimum środków zewnętrznych, będąc na antypodach estetyki show. Nie mają nawet kapelusza, a wyciągają rzeczy dużo lepsze niż króliki – potrafią zagrać wszystko: człowieka w każdym wieku, zwierzęta, warzywa korzeniowe, planetę Saturn czy też toster”.

***

Na maltańskiej scenie na placu Wolności do szalonej zabawy literackimi wyobrażeniami zaproszą nas m.in. Teatr Improwizowany Klancyk, Klub Komediowy z „Przewodnikiem po ostatnich pożegnaniach”, Teatr Dramatyczny w Wałbrzychu ze stand-upem Jacka Kozłowskiego czy Teatr Narodowy w Warszawie. Spotkamy się z Chłopcem Bahdaja i lekko nadpsutą Atmosferą wierszy Leśmiana, usłyszymy improwizowany na żywo poemat dygresyjny, poezję, prozę i skecze Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego w oprawie muzycznej, wreszcie kultowe słowa: „Kocham pana, panie Sułku!”, które są puentą dobrą na wszystko.