Używamy Cookies w celu dostosowania naszych serwisów do indywidualnych potrzeb użytkowników.
Dalesze korzystanie z tego serwisu oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Dowiedz się więcej o naszej polityce prywatności

Zamknij

17 - 28/06/2016

fot. Marcin Oliva Soto
Galeriafot. Marcin Oliva Soto

(...)Teatr powstał w momencie, gdy pojawił się widz. Chociaż początkowo granica między performerami i odbiorcami była płynna (ta tendencja obecnie wraca w wielu produkcjach), z czasem wyodrębniła się grupa oglądających. Od początku nie była ona jednolita, nawet jeżeli przez długi czas obowiązywały rygorystyczne ograniczenia płciowe, w efekcie których kobiet brakowało na scenie i na widowni (dziś nadal więcej jest aktorów i reżyserów niż ich damskich odpowiedników, za to publiczność jest silnie sfeminizowana). Miejsce zajmowane na widowni świadczyło o statusie społecznym, a do połowy XVIII wieku ci najważniejsi siedzieli na scenie. Co ciekawe, w antycznej Grecji, by umożliwić najbiedniejszym udział w życiu teatralnym, wypłacano specjalny zasiłek, tzw. terikon. W późniejszych epokach uczestnictwo w przedstawieniach stało się rozrywką elitarną, najubożsi zostali wyeliminowani, co zresztą przetrwało do współczesności. Również bicie brawa ma długą tradycję. W czasach starożytnych klaskano przed spektaklem, by odgonić złe duchy. Obecnie klaszcze się po jego zakończeniu (albo wcale, na przykład w przypadku Teatru ZAR), niekiedy w jego trakcie (w wielu krajach widzowie klaszczą również po wyjątkowo udanych scenach). Podobno jest to odruch atawistyczny, akustyczny dowód ewolucji, bo przecież klaszczą tylko ci, którzy nie muszą podpierać się na rękach. Gradacją jest oczywiście owacja na stojąco. Do pierwszej udokumentowanej owacji na stojąco doszło w Wielkiej Brytanii 23 marca 1743 po wykonaniu „Mesjasza” Händla. Zachwycony król miał wstać i zacząć bić brawo. W jego ślad poszła cała publiczność, myśląc, że tak wypada. Widzów charakteryzuje refleks stadny. Trudno się wyłamać i nie wstać, gdy sala szaleje z radości. Podobnie ze sprzeciwem. Kiedy już rzucona zostanie iskra oburzenia, z cienia wychodzą coraz liczniejsi malkontenci. (...)

Widz jutra

Na ogół przyjmuje się, że rewolucja technologiczna ostatnich lat sprawi, że między ludźmi zaniknie możliwość bezpośredniego obcowania. Faktycznie, symptomy tego ryzykowanego stanu widać na każdym kroku. Nie da się jednak wykluczyć, że nastąpi wkrótce elektroniczny przesyt i społeczeństwo się wyloguje. Wówczas teatr będzie idealnym miejscem namacalnego spotkania, w którym z wirtualnością wygrywa autentyczność oraz magiczne „tu i teraz”. Zresztą przed teatrem zawsze są liczne perspektywy, bo potencjalnym widzem jest każdy, choć różne mogą być ścieżki dotarcia na przedstawienie. Czasem są oczywiste, innym razem usłane barykadami błędnych interpretacji i zaślepienia. W tej rozmaitości tkwi specyfika widzów, a im bardziej wymagająca i krytyczna będzie publiczność w przyszłości, tym lepiej. Zadaniem teatrów jest bowiem rozpoznawanie potrzeb, a nie ich ujednolicanie. Kurt Tucholsky w jednym ze swoich utworów ironicznie pytał, czy publiczność jest głupia. Otóż nie jest, a jej trudny charakter chroni teatr przed stagnacją, wynosząc go na ulice, animując przed i po spektaklu.

Cały tekst ukazał się w „Dwutygodniku” 02/2016.